Nocą młynki migocą.

utworzone przez | 19 maja, 2020 | Artur Guziak, dining&drinking | 0 komentarzy

Wszyscy mamy czasem dziwne zachcianki! A co jeżeli przychodzą one niezapowiedziane i o dziwnej porze? Mogą to być korniszony z nutellą na obiad, kebab o 3 w nocy czy techno party o 7 nad ranem. A co zrobić, gdy na zegarze już prawie północ, do pracy masz na ósmą, żona prosi byś już się kładł do łóżka, a ty wręcz marzysz o jednej filiżance magicznego naparu czy też naparzającej się magii?

Kombinujesz! Aby dotrzeć do swej ziemi obiecanej, musiałem poradzić sobie z kilkoma kwestiami.

Pierwsza – zmęczona i senna żona! Tę kwestię postanowiłem rozegrać bardzo politycznie, ale i z miłością. Kocham ją najmocniej na świecie i jednym z ulubionych momentów naszego dnia jest wspólne zasypianie. Sposób okazał się dość prosty, choć przewrotny. Udając śpiącego, ułożyłem się obok Beni i rozpocząłem rytuał zasypiania. Z tą tylko różnicą, że zamiast usilnie pragnąć oddania się w objęcia Morfeusza, starałem się za wszelką cenę nie zasnąć. Jak to podziałało? A dokładnie tak, że po 15 minutach żoneczka już słodko spała, całkowicie nieświadoma mojego cichego wymknięcia do kuchni! Ale…

O godzinie 00:15 pojawiły się kolejne problemy! Przecież muszę podgrzać wodę i zmielić kawę. A wiemy, że te czynności zbyt ciche nie są. Logiczne też się okazało, że ostatnią rzeczą, której chciałem, to obudzenie mojej ślicznej Bernadety. Na szczęście znalazłem bardzo proste rozwiązanie tych problemów! Czajnik umieściłem w pokoju najbardziej oddalonym od sypialni! W ten sposób dźwięk pracującego czajnika musiał pokonać dwie pary drzwi i dość pokaźny korytarz. Tak osłabione odgłosy bulgoczącej wody, nie miały szans w starciu ze śpiącą żoneczką. Ale co z mieleniem kawy?

Balkon! To przecież takie proste! Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Wyskoczyłem w podkoszulce na balkon i ostrożnie przymykając drzwi, rozpocząłem mielenie dwudziestu czterech gram kawy. Echo trzaskających ziaren niosło się przez całe osiedle, jednakże zdążyłem czmychnąć do środka przed pierwszymi skargami poirytowanych sąsiadów.
I wybiła godzina 00:30. Mam już podgrzaną wodę i zmielone ziarno.

Zamykam drzwi od kuchni i szykuję wagę oraz mistrza nocnej ceremonii – Gabi Master A. Kawkę zrobię szybko, prosto i bez bólu. Sypię ziarno, leję wodę i czekam. Czekam. Czekam. Czas o 00:40 płynie troszkę inaczej. Szczególnie, gdy czekasz na kawę.
Aż w końcu mam! Moja kenijska pyszotka. Nuty grejpfruta, papai oraz toffee i wanilia w afterze. Zachwycony naparem, wróciłem na balkon, by cieszyć się tym smakiem na świeżym powietrzu. Przy okazji sprawdziłem czy jednak niechcący nie zdenerwowałem kilku sąsiadów.

Samo picie kawki nie trwało zbyt długo. Po siedmiu minutach miałem już pustą filiżankę. Musiałem szybko schować się pod kołdrą, by zasnąć nim kawka mnie pobudzi. Spałem jak zabity aż do siódmej z jednym małym wyjątkiem skorzystania z toalety. Powiem Wam szczerze, że o mojej nocnej eskapadzie, od razu chciałem powiedzieć żonie. Ale wtedy wpadłem na pomysł, aby opisać to tutaj na Talent Bunch i zobaczyć, co sobie o mnie pomyśli po przeczytaniu tego tekstu. Szczerze przyznam, że już nie mogę się doczekać jej reakcji!

A Wy co sądzicie o takich nocnych wojażach po zachciankę?

 

Podziel się tym wpisem ze znajomymi.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poznaj kolejne historie.

A bo byłem w Toruniu!

#

Poprzedni

Rytualny cykl espresso!

$

Następny