„Ja wierzę, wujaszku, wierzę gorąco, namiętnie…”

utworzone przez | Mar 18, 2020 | Rafał Supiński, teatr | 0 komentarzy

Stało się. Koronawirus przerwał również działania Royal Academy of Music. Nasze próby do showcase’u zostały odwołane, West End – na jakiś czas przerwał swój artystyczny żywot. Dla wielu z nas showcase był okazją do nawiązania współpracy z agencjami oraz reżyserami. W Polsce studenci nie mają takiej szansy. Tutaj to wygląda nieco inaczej. Showcase ma za zadanie „sprzedać” umiejętności każdego z nas. Często się mówi, że jest to targ talentów. Showcase rządzi się specyficznymi zasadami. Żaden utwór nie może być dłuższy niż dwie minuty. 35 utworów (tyle ile mamy osób na roku) plus dwa duże wystąpienia grupowe. Tegoroczny showcase miał reżyserować Matt Ryan, a choreografią zająć się Matt Cole (niedawno nominowany do nagrody Olivier Award 2020 za choreografię do musicalu Skrzypek na dachu) – o obu artystach wspominałem w artykule poświęconym Haroldowi Prince. Kolejne nadzieje i marzenia zostały przesunięte na „potem”.

Nie poddam się trudnościom! Będę nadal robił to, co do tej pory i czekał na efekty swoich działań. W tej chwili najważniejsze, by zachować zdrowy rozsądek. Wolny czas poświęcę między innymi na opisanie kilku spraw, którymi chciałbym się z Wami podzielić.

Ostanie tygodnie w Royal Academy of Music były nadzwyczaj wyczerpujące. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Warsztaty z Claude-Michel Schönbergiem, warsztaty z Ailion Pippa, warsztaty z John’em Caird, konkurs mówienia wierszem. Miałem wrażenie, że zmęczenie i stres wyzwala w ludziach negatywne emocje. Zmęczenie i frustracja powodowały, że niektórzy zaczęli być agresywni, inni płakali bez powodu. Część osób przestała przychodzić na poranne zajęcia, inni szukali pomocy szkolnych terapeutów. Przebywaliśmy ze sobą po 12 godzin dziennie, od niedzieli do piątku. Tak ciężka praca pod presją była trudnym wyzwaniem dla wielu z nas. Widziałem, że wszyscy uczestnicy kursu są wojownikami. Mają ogromną potrzebę rozwoju, nauki, bycia artystą i dla osiągnięcia tego celu są w stanie walczyć ze swoimi słabościami.

Zauważyłem też, że ludzie zaczęli zmieniać swoje podejście do innych – nie wiem, czy na lepsze. W pierwszym semestrze, wszyscy myśleli kategoriami zespołu i wspólnej pracy nad materiałem. Teraz obserwowałem jak dochodzi do głosu rywalizacja i myślenie narcystyczno-egoistyczne. Wbrew temu, starałem się, by moim zachowaniem kierowała otwartość i idea teatru. Uważam, że teatr to miejsce spotkania. Studiując kilka miesięcy w Czechach, miałem okazję uczestniczyć w międzynarodowym festiwal teatralnym Encounter, którego ideą jest właśnie spotkanie wielu kultur, teatrów z całego świata (https://www.encounter.cz/en/).

Tym właśnie jest dla mnie jest Teatr. Mówi o tym, co ważne, bawi, edukuje. Nie znoszę narcyzmu scenicznego i „onanizmu” wokalnego. Znam i widziałem artystów, którzy nie myślą, co mają do przekazania, tylko kochają siebie w teatrze, a nie jak mówił Stanisławski – by pokochać sztukę w sobie. Miałem okazję zobaczyć to, o czym piszę, podczas kilku wydarzeń. Jednym z nich były warsztaty z Claude-Michel Schönbergiem. Nawet po prostych uwagach autora utworów kierowanych do młodych wykonawców – nic się nie zmieniało. Liczyło się tylko „me, myself and I”. Kochankowie z musicalu Miss Saigon wykonując utwór, powinni przekonywać o swojej miłości, a tu widziałem dwójkę ludzi, którzy mieli ogromną radość tylko i wyłącznie z tego jak śpiewają. Myślałem, że może się mylę i źle to odbieram, ale gdy zacząłem rozmawiać z nauczycielami, a także, gdy zobaczyłem spektakl teatru fizycznego Frantic Assembly, tylko bardziej utwierdziłem się w swojej opinii i podejściu do teatru.

Spektakl „I think we are alone” Sally Abbott, współreżyserowany przez Kathy Burke i Scotta Grahama wystawiany w Royal Stratford East – był jednym z tych, po których zaczynasz zadawać pytania. Frantic Assembly postanowił stworzyć spektakl o tym, co jest najbardziej oczywiste, a jednocześnie o tym, czego unikamy w rozmowach z najbliższymi. Temat wzajemnych relacji oraz miłości. Dwie siostry, które były w dzieciństwie molestowane przez własnego wujka. Nie potrafią się spotkać i szczerze porozmawiać o tym, co działo się przez 8 lat. Krucha więź i agresywny język oddzielają je od siebie, podczas gdy naprawdę chcą się spotkać, oczyścić atmosferę i porozmawiać o wydarzeniach, które miały miejsce, gdy były jeszcze młodymi dziewczynami. Josie – matka, nigdy nie usłyszała od własnego ojca, że ją kocha. Skupia się na tym, co najlepsze, w jej opinii, dla syna Manny’ego. Wysyła go do jednej z ekskluzywnych szkół, pomimo tego, że chłopak nie czuję się dobrze wśród innych bogatych dzieci. Josie desperacko chce, by jej syn był najlepszy, nie słucha go i nie spełnia jego potrzeb.

Inny bohater – Graham odczuwa pustkę po stracie żony chorującej na raka. Ta pustka prowadzi go do myśli samobójczych. Graham i Josie spotykają się przypadkowo. On jest taksówkarzem i odwozi wściekłą Josie do domu. Zaczynają rozmawiać. Ta chwila zwierzeń i otwartość daje im bardzo wiele.

Zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=wXdo23084yk

Kolejnym spektaklem, o którym warto napisać jest Wujaszek Wania w Harold Pinter Theatre. Sztukę widziałem jeszcze przed zamknięciem Teatrów na West Endzie. Gra aktorska pełna dynamizmu, a jednocześnie umiejętność uchwycenia uczucia beznadziejności, niezwykle oddały świat „Czechowowski”.

‘’Sonya (Aimee Lou Wood) i jej wujek Vanya (Toby Jones) spędzają upalne lato w rozpadającej się posiadłości w głębi wsi, odwiedzanej od czasu do czasu tylko przez miejscowego lekarza Astrova (Richard Armitage). Jednak gdy ojciec Soni profesor Serebryakov (Ciarán Hinds) nagle wraca ze swoją niespokojną, pociągającą, nową żoną Yeleną (Rosalind Eleazar), która ogłasza zamiar sprzedaży domu, uprzejme fasady rozpadają się i od dawna tłumione uczucia zaczynają przynosić druzgocące konsekwencje.
Zdobywca nagrody Oliviera, Conor McPherson, dokonał nowej adaptacji arcydzieła Antona Czechowa. Wujaszek Wania jest obrazem życia na przełomie XX i XXI wieku, pełnego burzliwej frustracji, mrocznego humoru i ukrytych pasji.’’ (https://unclevanyaplay.com/#about)

Aktorzy o Wujaszce Wani: https://www.youtube.com/watch?v=Pa8H6IxKMtA

Każdy z aktorów znał dynamikę oraz temporytm własnej postaci, dzięki temu „platforma” którą stworzyli, była pełna napięcia, a wszelkie monologi – szczególnie Soni, nabrały innego znaczenia w sytuacji obecnej pandemii.

„I będziemy żyli, wujaszku kochany. Przeżyjemy długi, długi szereg dni, wlokących się wieczorów; cierpliwie zniesiemy doświadczenia, jakie nam los ześle; będziemy pracować dla innych i teraz, i na starość, nie zaznamy spokoju, a kiedy nadejdzie nasza godzina, umrzemy pokornie i tam za grobem powiemy, żeśmy cierpieli, żeśmy płakali, że było nam gorzko, i Bóg zlituje się nad nami, i zobaczymy, wujaszku, kochany wujaszku, ujrzymy jasne, dobre, piękne życie, ucieszymy się i na dzisiejsze nasze biedy spojrzymy z rozczuleniem, z uśmiechem – i odpoczniemy. Ja wierzę, wujaszku, wierzę gorąco, namiętnie…”

Dbajmy o siebie nawzajem i pomóżmy starszym, potrzebującym opieki w tych dziwnych czasach.

Zdjęcia: archiwum własne

 

Podziel się tym wpisem ze znajomymi.

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poznaj kolejne historie.

Gdy zakwitnie bez

#

Poprzedni

A bo byłem w Toruniu!

$

Następny