Mam szczęście

utworzone przez | Paź 10, 2019 | Rafał Supiński, teatr | 2 Komentarze

Podczas pierwszego tygodnia w Royal Academy of Music mieliśmy przesłuchania taneczne, po których przydzielili nas do grup. „Enrolment week” miał służyć zapoznaniu się z placówką, załatwieniu wszelkich formalności związanych z rozpoczęciem studiów, tak jak wcześniej wspominałem sprawdzeniu naszych predyspozycji tanecznych oraz przede wszystkim – wysłuchaniu utworów, które mieliśmy zaprezentować przed wszystkimi nauczycielami oraz innymi studentami. Mój wybór padł na utwór „Beautiful City” z musicalu „Godspell”.

Przed piątkową prezentacją każdy z nas miał indywidualne zajęcia z Dan’em Bowling (dziekanem/szefem departamentu musical theatre), a przy pianinie towarzyszył nam music director (odpowiednik naszego akompaniatora). Zaśpiewałem utwór. Dan zapytał: – O czym jest ten utwór? A ja swoim łamanym angielskim próbowałem mu wytłumaczyć. Po kilkuminutowym przemówieniu, w które włożyłem mnóstwo pasji, Dan powiedział: – Dobra, Rafał, proszę zaśpiewaj mi to w taki sam sposób, jak mi o nim przed chwilą opowiedziałeś. Bez większego namysłu, zaśpiewałem po raz drugi. Dan tylko podziękował i uścisnął mnie. Powiedział: – Rafał, oto chodzi. Zaufaj swojej intuicji, ponieważ jest ona bardzo dobra. Nie analizuj tekstu, gdy jesteś na scenie, gdy już śpiewasz. Analizę rób w domu, podczas prób. No przecież… – pomyślałem. Taka jedna prosta uwaga, o której zapomniałem. Czasami mam wrażenie, że warto mieć kogoś obok, kto Ci przypomni o najprostszych zasadach, o których zapominamy podczas pędu życia i natłoku rozmaitych zajęć. Dla aktora/aktora musicalowego jest to reżyser (choć nie zawsze – o tym napiszę innym razem), akompaniator, inny aktor/aktorka – ktoś, kto życzliwym i szczerym okiem spojrzy na twoje „wypociny”. To się właśnie nazywa współpraca.

Po zajęciach wyszedłem z budynku Royal Academy of Music czując, że jestem w idealnym miejscu, by się rozwijać. Wracając do domu przez Regent’s Park, usłyszałem muzykę. Wyjąłem jedną słuchawkę i podszedłem bliżej. W tym samym momencie wpadła na mnie kobieta w średnim wieku. Bez zastanowienia zapytała, czy nie chcę biletu na przedstawienie. Zapytałem, co to jest za przedstawienie. Okazało się, że „Evita”. Odpowiedziałem, że nie mam przy sobie pieniędzy. A ona na to, że chce mi go oddać za darmo, bo szkoda, by się zmarnował. Z radością się zgodziłem. Mrs Wendy (tak miał na imię mój dobroczyńca) wysłała mi bilet na komórkę.

Pobiegłem szybko do teatru, który okazał się teatrem na świeżym powietrzu. Dzięki uprzejmości Mrs Wendy zobaczyłem niezwykły musical pt. „Evita” w reż. Jamie Lloyd. Pierwszą część obejrzałem na ekranie sprzed głównego wejścia, ponieważ przybiegłem do teatru po rozpoczęciu spektaklu. Choreografia była powalająca – dosłownie i w przenośni. Podczas pierwszej części miałem okazję widzieć artystów, którzy wychodzili ze sceny zziajani, w pędzie do kolejnej „przebiórki”. Drugą część miałem już przyjemność oglądać z miejsca Mrs Wendy. Rozwiązania techniczne i wykorzystanie świateł były proste, ale w swej prostocie genialne. Pomyślałem sobie – to, co widzę to jest inny wymiar świadomości teatralnej.

Główne role grali:
Eva Perón – Samantha Pauly
Che – Trent Saunders
Juan Perón – Ektor Rivera
Augustín Magaldi – Adam Pearce
The Mistress – Frances Mayli McCann
A oto link do wydarzenia (może Was zainteresuje):
https://openairtheatre.com/production/evita

Po spektaklu podzieliłem się swoją przygodą z innymi studentami kursu. Dwa dni później kolega zapytał, czy nie chcę iść na koncert Cassie Levi, ponieważ kiedyś pracował dla strony piszącej recenzje i dostał bilet, który może mi odstąpić za kilka funtów. I to się nazywa szczęście (śmiech)!

W jednym tygodniu zobaczyłem dwa niezwykłe wydarzenia płacąc niespełna kilka funtów. Wtedy przyszła mi do głowy kolejna myśl: jeśli dzielisz się swoją pasją, tym, co kochasz i zarażasz tym innych, wtedy wszystko, co Ciebie otacza, sprzyja Ci, abyś mógł to rozwijać. Możesz nazwać to jak tylko pragniesz: gwiazdami, uniwersum, Bogiem, energią. Ważne, abyś potrafił się na to otworzyć i miał uszy oraz oczy szeroko otwarte 😉.

Zdjęcia: archiwum własne

Podziel się tym wpisem ze znajomymi.

2 komentarze

  1. elzbieta Krajewska-Kułak

    Super się czyta i cieszę sie ze tak wszystko się fajnie układa. Ja osobiście uważam, że nieraz kogoś spotykamy, wydawałoby się przypadkowo, a później, po latach, okazuje się, że ten ktoś był nam potrzebny. W życiu nie ma przypadków, wszystko dzieje się „po coś” – a jak już są to i tak nie są przypadkowe :-)) A poza tym to bbbbbb tęsknimi za naszym ukochanym Ambasadorem, ale trzymamy kciuki i czekamy 🙂

    0
    Odpowiedz
    • Karolina B.

      Przypadki kiełkują z niczego, ale bez łutu szczęścia i o nie ciężko! Bardzo ciekawy wpis Rafale :)!

      0
      Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poznaj kolejne historie.

Baristą być! Ale czy to wystarczy?

#

Poprzedni

Workflow, czyli jak pracuję

$

Następny