Nieopłacalne bywa opłacalne

utworzone przez | Kwi 24, 2020 | Rafał Supiński, teatr | 2 Komentarze

20 kwietnia zaczęliśmy „normalne” zajęcia w Royal Academy of Music, a właściwie oficjalnie rozpoczęliśmy trzeci semestr. Szaleństwo, wydawać by się mogło. Studia artystyczne wymagają, kontaktu z nauczycielem, dialogu, akcji i reakcji, ciągłej praktyki scenicznej, a nie wykładów na odległość. A jednak. Wcześniej otrzymywaliśmy zadania od nauczycieli zdalnie. Royal Academy of Music postanowiła przed oficjalnym rozpoczęciem semestru, dać nam trochę zadań na tzw. rozruszanie. Ich celem było utrzymanie nas w ciągłej aktywności artystycznej. Dobrym przykładem jest masterclass z Rosalie Craig – Rosalie grała tytułową postać w The Light Princess Tori Amos w Teatrze Narodowym w 2013 roku, za którą była nominowana do nagrody Oliviera, a także wygrała nagrodę Evening Standard Award. Miała również główne role w City of Angels (Donmar Warehouse), Finding Neverland (Leicester Curve) i Ragtime (Regent’s Park Open Air Theatre).

Rosalie jest niesamowitą osobowością. Tak bardzo się cieszę, że mogłem z nią pracować nad utworem Her Face z musicalu Carnival. Jej wiedza i doświadczenie szły w parze z jej uwagami, które były bardzo proste i konkretne. Kolejną aktywnością było wspólne czytanie i analiza sztuki Our Town – Thorton’a Wilde’a przy opiece Matt’a Ryan’a, czy codzienne spotkania z Sarą Simmons, z którą miałem zajęcia z dialektu (www.sasvoice.co.uk). Podziwiam Sarę za jej anielską cierpliwość w stosunku do mnie (śmiech).

„Tylko ci, którzy ryzykują pójściem za daleko, mogą odkryć, jak daleko można pójść”
— T.S. Eliot

Ktoś kiedyś mi powiedział, że osoba inteligentna nigdy się nie nudzi. Wziąłem to sobie do serca. Krótko po tym, gdy zostały odwołane próby do showcase’u, czyli 16 marca, musieliśmy się sami zorganizować, by nagrać nasze utwory i zrealizować tzw. selftape’y, które powędrują do różnych agencji teatralnych. Zadanie wydawać by się mogło banalne, tym bardziej teraz, gdy Internet jest zalewany różnymi nagraniami poetycko-wokalnymi. Ale okazało się, że „profesjonalne” nagranie nie było takie proste. Każdy z nas, a studentów jest 35, musiał dostosować się do wytycznych danych przez naszego dziekana oraz niesamowitego lidera Daniela Bowling’a (napiszę o nim więcej w kolejnym wpisie). Było to m.in., stworzenie warunków studyjnych – z naturalnie jasnym światłem, najlepiej na tle szarej ściany, nagranie ma być w planie amerykańskim, wzrok blisko kamery. Jak to się mówi, potrzeba matką pomysłów. Wraz ze współlokatorem, zorganizowaliśmy pseudostudio w jednym z pokoi, w którym za szarą ścianę posłużyło stare prześcieradło umieszczone przeze mnie tak, by w kadrze wyglądało jakbyśmy mieli szare tło za sobą. Oczywiście, żelazko w dłoń i taśma. I udało się! Tzw. „zrób to sam” w pełnym wymiarze. Nagrania musiały się odbywać o odpowiedniej porze dnia, by złapać „dobre światło”. Wcześniej otrzymaliśmy podkłady do naszych utworów, przygotowane przez naszych kierowników muzycznych. I tu kolejna trudność, jak się dostosować do nagrania, które pędzi jak szalone i nijak się ma do wymogów scenicznych, gdzie utwór byłby wykonywany z orkiestrą Royal Academy of Music oraz dyrygentem.

Byłbym zapomniał – najważniejsza zasada showcase’u: żaden utwór nie może trwać dłużej niż 2 minuty. Pomyślelibyście, co można pokazać w tylko dwie minuty? Otóż można bardzo wiele. Gdy szukałem utworu do pokazu, Dan powiedział mi: „Rafale, agentom wystarczy kilkanaście pierwszych sekund. Jedna z najważniejszych rzeczy to prezencja sceniczna. Dlatego wybierz utwór, w którym pokażesz, że trochę umiesz śpiewać, ale przede wszystkim, że potrafisz wcielić się w postać.” I rzeczywiście miał rację, jednak warunki się zmieniły. Utwór, który był idealny na scenę, musiałem wykonać przed kamerą, ograniczając środki aktorskie, m.in. ekspresję, wręcz wymaganą na scenie. Kolejnym obostrzeniem było nagranie utworu w proporcji – 80% wokalu i 20% podkładu, żeby ścieżki mogły być zmiksowane w postprodukcji. Każdy ze studentów nagrywał na sprzęcie, jaki posiadał: telefon, iPod, aparat. Sam jestem ciekawy efektu całości. I wiecie co, czas spędzony przed ekranem aparatu był niesamowity. Obserwując siebie i swoje nagrania można się było wiele nauczyć. Po moim pierwszym materiale wysłanym do dziekana otrzymałem uwagę dotyczącą wzroku – ma być bliżej obiektywu kamery, ale tak, by nie patrzeć w nią. I co z tego, że nagranie było super, ale wzrok nie ten. Chwalone były także kolejne nagrania, a przy tym prośba dziekana, by zachować świeżość utworu i wykonania. Czułem jakbym uczestniczył w masterclass pracy przed kamerą. W pełni zrozumiałem znaczenie powiedzenia: „Ćwiczenie czyni mistrza”.

„Gdy ludzie mówią mi, że nie są kreatywni, zakładam, że jeszcze nie wiedzą, co to znaczy.” – Ken Robinson

Wracając do historii z semestrem letnim. 20-ego kwietnia były zajęcia z baletu prowadzone przez Karla Stevens’a przez zoom’a (https://www.ram.ac.uk/about-us/staff/karl-stevens). No jak można coś powtórzyć, gdy koleś mi się zacina w ekranie i stoi w pozycji baletowej, zamrożony niczym Kai dotknięty czarem Królowej Śniegu. Pierwsze zajęcia taneczne przez zoom’a – totalna porażka. Większość z nas wysłała więc maile do sekretariatu z pomysłami na rozwiązanie niedogodności. np. żeby zajęcia były wcześniej nagrane i udostępnione studentom. Sekretariat przyjął do wiadomości wszystkie propozycje i część z nich niedługo zostanie zrealizowana. Kolejnego dnia mieliśmy jazz. Karl postanowił wyjść do parku z iPadem i poprowadzić swoje zajęcia właśnie stamtąd, licząc na lepsze połączenie internetowe. Tutaj mała dygresja – Karl na co dzień mieszka na łodzi i dojeżdżał do RAM 3 razy w tygodniu na zajęcia z nami.

No i udało się. Rzeczywiście, dał nam wycisk. Zobaczyłem uśmiech tego człowieka, gdy obserwował nas, próbujących powtórzyć kombinację taneczną, wymyśloną przez niego i zrozumiałem, że najzwyczajniej w świecie te zajęcia służą nie tylko nam, ale także jemu. Jak każdy człowiek, który spędził na uczeniu wiele lat, potrzebuje kontaktu ze studentami. I wtedy moje altruistyczne ja powiedziało mi, że czasami warto robić rzeczy, które nam się „nie opłacają” w pierwszej chwili, ale które mogą przynieść radość drugiej osobie. W całej tej sytuacji, w gonitwie za sukcesem i presji, by być tym najlepszym, szczególnie, że biznes artystyczny, zapewne jak każdy inny, bywa dość agresywny, nie zapominajmy, że w jednej chwili wszystko może się zmienić – jak obecnie w sytuacji z naszą „przyjaciółką” pandemią koronawirusa.

Zdjęcia: archiwum własne, Illan Evans

Podziel się tym wpisem ze znajomymi.

2 komentarze

  1. Inka

    Rafcio, czytam z uwagą. Nie mogę się doczekać, kiedy wejdziesz na scenę. Pozdrawiam z kuchni.

    1+
    Odpowiedz
    • Rafał

      Dzięki ogromne!
      Ja tez nie mogę się doczekać.
      Ściskam!

      0
      Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poznaj kolejne historie.

Uwierz w to, co robisz

#

Poprzedni

Jeśli to nie jest pełna tak, powiedz po prostu nie.

$

Następny